25.05.2007 ::
właśnie skończyłam rzeźbić kolejną pracę i zaraz lecę ją oddać. uff. w taki upał i duchotę! lubię lato, ale bez przesady, proszę, zwłaszcza, że dopiero jest maj. no i nic nie ma cyba gorszego niz jazda komunikacją miejską w takie dnia. a na mieście żar aż się odbija od asfaltu i innego tworzywa, jakim wyłozone są drogi i ulice...;/
no ale dosyć o tym.
dieta:
ekhm. i tyle. choć bóg mi świadkiem, że mam dobre chęci. od jutra już nawet mają one przełożenie na ilość pochłanianych kcal.
ćwiczenia:
dziś 13 dzień 6 weidera, pociągnę ją ile będę mogła. z rowerkiem był mały obsuw, bo w pon tylko - 300 kcal a w środę wcale;/ dziś już na szczęście ok i - 500. to wszystko przez :
a) uczelnię i masę prac do napisania
b) maćka, no bo jak się z nim spotykam albo gadam na gg to nie mam czasu na ćwiczenie
c) tą duchotę. normalnie nie znoszę jej.
uczelnia:
niestety mas aprac do napisania. a ja w lsie z nimi jestem;/
i zwisa mi już totalnie, nawet sesja mnie nie rusza i wizja egzaminów i poprawek. eh
maciek:
sama nie wiem. widujemy się. i w sumie już się cieszę na jutrzejszy wieczór:)
Komentuj (2)
21.05.2007 ::
ufff
nie mam czasu dosłownie na nic. nie dosypiam. a najlepsze jest to, że i tak nie udaje mi się z niczym nadążyć na uczelnie, bo też bogiem a prawdą niewiele sensownych rzeczy robię, bo chęci brak mi totalnie.
w każdym razie spotykam się z kimś. krótko, ale w sumie pierwszy raz po m. (czyli wogóle drugi w życiu) myślę, że mogłabym z kimś być.
podoba mi się, a ja chyba jemu (jak to możliwe??!!), lubię go i wszystko jest takie normalne, tak się toczy.
niby super, ale nie ma tekiej iskry jak między mną a m. jak z nim byłam to szalałam. bez niego zresztą też. ogień normalnie. czyste szaleństwo. i jednocześnie wtulona w to moje ulubione miejsce na jego karku....całkowicie spokojna.
więc nie wiem sama. ale nie chcę niczego schrzanić. i uciec jak zwykle. chcę dać sobie czas. i szansę.
z dietą...hm. staram się jeść normalnie. tzn "wszystkiego po
troszeczku" phi! no i ćwiczę. a waga ani drgnie. masakra. no i moje kompulsy czasem, chcoć z braku czasu coraz rzadziej. liczę, że się z tego wygrzebię.
a tak- po staremu- tłusta świnia:(
Komentuj (2)
14.05.2007 ::
wczoraj:
1400 kcal (amerykańska + lody i 2 kostki czekolady ;()
rowerek -700 kcal (za te "dodatki"), tamilee
dziś natomiast:
600 kcal (2 kawy z mlekiem 200, 2 jabłka 200, jogurt light 100, kawałek precla 100). olewam dziś rowerek, odrobię jutro. będzie tamilee i 8 min ręce.
wykończona wiecznym pisaniem jakichś prac. dlaczego nagle teraz??!!
Komentuj (3)
13.05.2007 ::
boże.
gęba nie przestaje mi się uśmiechać.
a to za sprawą pewnego ktosia.
ale od początku.
pojechałyśmy w czoraj z D. jak zwykle ostatnio do Klubu Naszego z nadzieją, że będzie tam K.D.- chłopak, który się D. strasznie podoba.
nie było go, ale trudno, dołapiemy go gdzie indziej:)
tańcujemy sobie i mamy właśnie zamiar skoczyć przypudrowć nos, he he:P, kiedy obok przechodzi koleś kropka w kropkę podobny do M. zagapiłam się, serce mi zamarło, a on podchodzi i mówi hej a potem pyta czy go pamiętam. zgon na miejscu. nie był to M. oczywiście, ale tak podobny, że hej.
no i okazało się, że jest to chłopak, którego spotkałam w wakacje w autobusie jak on jechał na basen koło mnie a ja wracałam od D. (po imprezce z Klubu, of course:). no i poprosił mnie wtedy o telefon, ale powiedziałam mu, że nastepnym razem.
no i to był następny raz:) choć on przyznał, że był w Klubie dwa tygodnie temu i mnie widział i że nie podszedł bo ja też na niego ziorałam (pewnie, skoro mi M. przypomina to całkiem możliwe), ale myślał, że ja go kojarzę, ale, że może nie chcę podejść.
no i fajnie się wczoraj bawiliśmy.
tym razem dałam mu numer.
a co mi tam:)
no a poza tym powrót z klubu jak zwykle na "łapankę"- 3 tydzień z rzędu ktoś się ulitował nad biednymi słodkimi sierotkami wystawionymi do wiatru i pozbawionymi transportu (MY!!:). jaja jak berety:D
no w każdym razie humor ok, choć multum pracy przede mną, w tym tygodniu masa prac do napisania i oddania;/
biorę się za to tałatajstwo.
eh, idę zjeść lody, a o diecie pomyślę jutro.
Komentuj (1)
12.05.2007 ::
no i wracam.
nie z tarczą, lecz raczej na niej.
co z tego, że były ćwiczenia, skoro było jedzenie. napadami, seriami wtłaczane. wyrzuty sumienia, postanowienia poprawy...polały się łzy me czyste....;/ na wspomnienie 7 lat z jedzeniem, dietami, tłustą JA zawsze siedzącymi z tyłu głowy gdzieś.
ale oto jestem.
znowu.
i tak już chyba zostanę.
żałuję wykasowania tamtego bloga.
zresztą, żałuję wielu innych, gorszych rzeczy i blog akurat jest jakoś w tej klasyfikacji gdzieś na końcu, ale zawsze.. :)
coś optymistycznego?
rowerek -1200 kcal, tamilee, 8 min na ręce
750 kcal (kawa z mlekiem 100, jabłko 100, kawałek sera białego + ogórek 300, jajko + pomidor 150, lampka wina 100)=> tzw. dieta amerykańska.
nie oszukuję się, że uda mi sie jakoś drastycznie schudnąć.
nie.
póki co, muszę po prostu wrócić do równowagi.
na wagę na razie nie wchodzę. czego oczy nie widzą... głupota, bo ja każde 100 gramów przybrane odczuwam straszliwie, ale szkoda mi nerwów póki co.
Komentuj (2)